sobota, 28 stycznia 2012
ACTA, czyli walka zła ze złem.
Trudno, oj trudno w takich sytuacjach stanąć po którejś ze stron. Pisałem już o tym jakiś czas temu, kiedy
wybuchał wielki konflikt pomiędzy PiS-em a Samoobroną i lpr-em. Nie
sposób komukolwiek w takim sporze przyznać rację, bo człowiek się
wzdryga przed poparciem zła. Walka zła ze złem jest coraz częstszym
zjawiskiem i tradycyjne dylematy moralne - wybór dobra lub zła, zdarzają
się już coraz rzadziej; ba, nawet wybór mniejszego zła jest już coraz
trudniejszy, bowiem i mniejsze zło trudniej znaleźć. Na rafy podobnych problemów zostajemy wpuszczeni w sprawie tzw. umowy ACTA. Mało tego, komentatorzy, publicyści próbują nam wmówić, że jest zupełnie inaczej, że wystąpił konflikt dwóch wartości, wchodzących w skład kanonu praw człowieka. To ma być, podobno, wolność słowa oraz prawo własności. Niby umowa ACTA ma zmierzać do ochrony dóbr osobistych twórców, a protestujący zamierzają chronić wolność słowa, ucieleśnioną poprzez swobodę wypowiedzi w sieci. Nic bardziej błędnego i mylącego. Naprawdę walczą z sobą zupełnie inne interesy. Rząd, czy rządy (przecież wiele państw się włączyło w ACTA) wcale nie mają na celu ochrony praw twórców, ale zamierzają wykorzystać ten pretekst do usprawiedliwienia inwigilacji tej sfery, której w żaden sposób dotychczas inwigilować nie były w stanie, czyli komunikacji internetowej. Bardzo by się politykom podobało, gdyby mogli pod pozorem odkrycia w sieci jakichś treści, które są czyimś wytworem, można było zamknąć portal, stronę, blog, na których ktoś krytycznie, a czasem tylko prawdziwie komentuje ich poczynania; bez sądu, na podstawie jakiegoś doniesienia, podejrzenia czy domniemania. Zanim by się wyjaśniło, osądziło, to by minęły miesiące i lata, a w sieci już wszyscy by dawno zapomnieli, że taka czy inna strona w ogóle istniała. Gdyby na tym poprzestać, to może by trzeba było poprzeć tych, co za wolność waszą i naszą w sieci walczą? Moim zdaniem, lepiej nie. Większość animatorów protestu przeciw ACTA, wcale nie zamierza bronić wolności słowa. Chodzi tylko o to, aby nie trzeba było płacić za filmy, muzykę, gry, programy itp. Chodzi o to, by można było w sieci każdego okraść, wykorzystać jego pracę i na tym zarobić. Zarobić, znaczy utworzyć portal, na którym udostępni się za darmo, bez zgody twórcy, jego dzieło, a potem kasować forsę za umieszczenie reklam na tej stronie. Przykre jest to, że udało im się zmanipulować wiele, głównie młodych osób, które nie wiedząc jakie interesy za tym stoją, walą na ulice i robią street-lobbing zwykłym przestępcom. Na tym tle, martwi jeszcze jedno - gdzie jest czwarta władza? Dlaczego dziennikarze, nie mają... nie wiem, czego? Rozumu, odwagi, uczciwości? Przecież nie jest trudne przedstawienie sprawy uczciwie, bez sztafażu o obrońcach wolności słowa, czy własności. Moim zdaniem to widać gołym okiem, że obie strony nie chcą internetu wolnego zarówno od inwigilacji jak i kradzieży cudzej pracy. To wszystko dziwi jeszcze z jednego powodu. Chodzi o to, że rozwiązanie tego problemu wcale nie jest niemożliwe, nawet nie jest szczególnie trudne. Mało tego są przykłady bardzo ciekawych rozwiązań w tym zakresie. To już jednak temat na inną opowieść i na inną okazję.
środa, 05 października 2011
Jan agitowany
Okres kampanii wyborczej niesie z sobą również tę osobliwość, że nieuniknione jest codzienne opróżnianie skrzynek na listy. Zwykle są w nich wyłącznie ulotki wyborcze, ale nigdy nie wiadomo, czy między nimi nie skrywa się jakaś autentyczna korespondencja. Jana skrzynka na listy nie była wyjątkowa, co sprawiało, że drogę od klatki schodowej do najbliższego kosza, zajmowało mu kartkowanie pliku ulotek, w poszukiwaniu listów lub kartek. Kiedy odsłonił kolejną ulotkę, usłyszał znajomy głos.
- Witam pana Janeczka; o na tego, na tego głosujemy, tego nam potrzeba - oznajmił właściciel znajomego głosu, wskazując na ulotkę, którą Jan akurat trzymał na wierzchu. - A cóż takiego nam może przynieść głosowanie na tego pana? Jan pytał mocno zdziwiony, bo ulotka zachęcała do głosowania na kandydata partii, która nie miała poparcia nawet w granicach błędu statystycznego, a ponadto proponowała rozwiązania, delikatnie mówiąc, osobliwe, czyli po prostu głupie i szkodliwe. - Pan nie wie? Dadzą nam minimalną pensję 60% średniej. Jan był w coraz większym szoku, bowiem rozmówca Jana cieszył się zasłużoną opinią nieroba i lesera, który żadną pracą się nie hańbi, a utrzymuje się dzięki zarobkom żony i zasiłkom na dzieci. - Czyżby sąsiad zamierzał podjąć pracę? Jan nie mógł się powstrzymać od drobnej złośliwości, która jednak nie zrobiła na sąsiedzie żadnego wrażenia. - Nic podobnego - odparł sąsiad - ze mnie, za głodowe 1300zl, nie zrobią niewolnika. - Ale wie pan, że to najniższe wynagrodzenie na poziomie 60% średniej płacy, nie jest możliwe? - próbował tłumaczyć Jan. - No wiem, teraz niemożliwe, za tego Tuska z białą flagą na kolanach, to nie da rady, ale jak wygra... - W ogóle jest niemożliwe - Jan przerwał sąsiadowi mowę oskarżycielską - jeśli dziś podniesiemy minimalne wynagrodzenie do poziomu około 2000zł, to jutro średnie wynagrodzenie wzrośnie i już te dwa tysiące nie będą stanowiły 60%, tylko mniej. - To się znowu podniesie - sąsiad był bardzo zdeterminowany w realizowaniu programu swojej ulubionej partii. - I następnego dnia znowu wzrośnie średnie wynagrodzenie i to nie wiadomo, czy nie więcej niż poprzednio, bo coraz więcej osób będzie wchodziło w skład tej grupy, której trzeba będzie podnieść wynagrodzenie. - To się znowu podniesie - sąsiad nie dawał za wygraną - dla mnie to mogą co miesiąc podnosić i podnosić. - Czyli ma pan jednak jakąś pracę na oku i czeka pan tylko, aż podniosą wynagrodzenia - stwierdził prowokacyjnie Jan. - Ja? Nie, ale mojej starej nareszcie porządnie zapłacą; w końcu zasługujemy na godne życie.
poniedziałek, 19 września 2011
Kobiety mają głos
Program III Polskiego Radia, w niedzielny wieczór (18.09.2011), zaprosił
kilka pań - organizatorek Europejskiego Kongresu Kobiet. Zaproszone
były: Barbara Labuda, Danuta Huebner i Małgorzata Fuszera. Dwie panie
profesorki i jedna doktorka. Miało być o kongresie, o pomysłach na rzecz
wyrównywania szans kobiet w życiu społecznym, o równouprawnieniu w
ogóle.
Słuchałem, słuchałem, od początku do końca i czego się nasłuchałem? Nasłuchałem się, że najważniejsze jest, by w najbliższych wyborach głosować na kobiety. Dlaczego? Powodem ma być wyrównanie dziejowej niesprawiedliwości. Kobiety bowiem, były przez stulecia odpychane, dyskryminowane i pomijane, więc teraz należy im się wyrównanie krzywd. Poza tym, zdaniem zaproszonych pań, kobiety są mniej agresywne, kulturalniejsze, pracowitsze, lepiej wykształcone i w ogóle lepiej się nadają do rządzenia. Ja się absolutnie z tym zgadzam, że natura obdarzyła kobiety, a precyzyjniej wiele kobiet, tymi wszystkimi przymiotami w stopniu znacznie większym niż wielu mężczyzn. Czy jest to jednak powód, by wybierać kobiety tak masowo, bez indywidualnej refleksji? Zdaje mi się, że nie. Podobnie zresztą, jak masowe, bezrefleksyjne wybieranie mężczyzn mija się z celem. Nie wiem dlaczego, panie nie zauważają, że w składzie naszej klasy politycznej funkcjonuje wiele kobiet i wśród nich jest nie mniej przykładów agresji, arogancji, głupoty, szowinizmu, lenistwa, a nawet pijaństwa, niż wśród ich męskich współtowarzyszy "politycznej niedoli"? Czym się różni posłanka Beata Kempa od posła Brudzińskiego, Anita Błochowiak od Napieralskiego, ministra Fedak od Pawlaka, Julia Pitera od Niesiołowskiego, Elżbieta Jakubiak od Kowala albo Anna Sobecka od Mularczyka? A w nieodległej przeszłości? Beger, Hojarska, Kalata... A w niedalekiej przyszłości? O aniołkach Kaczyńskiego nie wspominam; gdy posłuchałem, co jedna z nich ma do powiedzenia, to nawet na komentarz nie mam ochoty. Mam wrażenie, że udział kobiet głupich, agresywnych i leniwych w populacji kobiet ogółem, jest zbliżony do udziału takich facetów w ogólnej liczbie męskich egzemplarzy. Nie sądzę, by wśród posłanek i posłów było inaczej, a przedstawione przykłady pokazują, że inaczej nie jest. Co jeszcze bardziej znamienne, dwie panie profesorki i jedna doktorka udowodniły swoimi wywodami, że są nie mniej skłonne do dyskryminowania kandydatów ze względu na płeć, niż tak przez nie krytykowani mężczyźni i w nie mniejszym stopniu niż oni, gdzieś mają kompetencje, przymioty moralne czy inne walory. Wypada jeszcze przyznać się na koniec, że sam głosowałem, w ostatnich i przedostatnich wyborach (prezydenckich nie liczę), również na kobiety, ale wyłącznie dlatego, że wśród dostępnych kandydatów wydawały mi się najbardziej odpowiednie. Startowały też w tych wyborach inne kobiety; o bardzo marnych kompetencjach i głosowania na nie nie byłem sobie w stanie wyobrazić. I nadal sobie nie wyobrażam, a panie profesorki i doktorka nie wyobrażają sobie namawiania do solidnego namysłu przed poparciem jakiegoś kandydata, zamiast do mechanicznego wyrównywania dziejowej niesprawiedliwości. P.S. Pomijam meandry ordynacji wyborczej, które powodują, że i tak bardziej przypadek decyduje o tym kto zasiądzie w sejmie, niż faktyczny wybór.
sobota, 03 września 2011
Daleko od natury
Przyjdzie czas, kiedy nasza cywilizacja zniknie, upadnie, legnie w
gruzach. Nie ma w tym nic odkrywczego, ale ciekawe jest, jakie będą
przyczyny takiego upadku. Są tacy, którzy twierdzą, że zabije nas
temperatura, związana z ociepleniem atmosfery ziemskiej i utopią wody
oceanów, zasilanych topniejącymi lodowcami. Inni twierdzą, że zabraknie
żywności dla, wciąż rosnącej, ludzkiej populacji, a jeszcze inni, że
zdemoluje nasz ziemski padół ogromna asteroida lub kometa. To wszystko
jest możliwe, ale umiarkowanie prawdopodobne; przynajmniej w najbliższym
czasie. Myślę sobie czasem, że bardziej prawdopodobną przyczyną upadku
naszej cywilizacji może się okazać oddalenie od natury. Ale nie w tym
sensie, że zatrujemy środowisko albo wyeksploatujemy ziemskie zasoby.
Oddalamy się od natury w wymiarze społecznym, w wymiarze stosunków
międzyludzkich i mechanizmów naturalnego doskonalenia. O co chodzi?
W naturalnych, ekologicznych społecznościach istnieją relacje naturalne, pozbawione socjalnego anturażu, zbiorowej odpowiedzialności za indywidualne powodzenie jednostki, a nawet za jej przetrwanie. Ofermy, lenie, nieroby i inne pasożyty nie są hołubione i sponsorowane przez otoczenie, nie budzą nadopiekuńczych instynktów, a co za tym idzie nie żyją kosztem innych. Ich pozycja w społeczności jest raczej marna. Rodzice panien na wydaniu nie godzą się, by ich córka związała się z takim elementem, przez co nie ma on szans na rozmnażanie i nie daje złego przykładu nowym pokoleniom. To wszystko jednak we wspólnotach naturalnych. Społeczności cywilizowane postępują inaczej. Coraz więcej zabierają tym, którzy coś robią, starają się, zapewniają byt sobie i swojej rodzinie, wychowują swoje potomstwo w duchu odpowiedzialności za własna przyszłość, rzetelności i pracowitości. Zabierają i przekazują tym, którzy w społeczności ekologicznej nie cieszą się takimi przywilejami, czyli wspomnianym ofermom, leniom, nierobom i innym pasożytom. A ci korzystają, bo to jest to, co "pasożyt" lubi najbardziej - profity za friko. Zamiast pracowitości, rzetelności i odpowiedzialności, rozwija się u nich, przede wszystkim, zdolność do wyłudzania wszelkiego rodzaju zasiłków, wsparć i pomocy, które w ogóle im się nie należą. Znaczna część środków, przeznaczanych na pomoc społeczną trafia do osób, które ją ewidentnie wyłudzają. Jak by tego było mało, system pomocy społecznej premiuje tzw. rodziny wielodzietne. W tej sytuacji, "pasożyt" postanawia się rozmnażać. Rachunek jest prosty: więcej dzieci = więcej wyłudzonych zasiłków. Ponieważ nie jest odpowiedzialny i pracowity, to dzieci wychowywać i zajmować się nimi nie zamierza; dobrze, jeśli je jako-tako karmi; uważa, że to wystarczy. Ale dzieci wychowują się i tak, tyle, że wyłącznie do bycia "pasożytem". One widzą, że można żyć na koszt innych, nic nie robić, nie ponosić odpowiedzialności ani ryzyka i tego właśnie się uczą od swoich rodziców. Kiedy dorosną, stają się świetnie wykształconymi "pasożytami". I jest ich coraz więcej, Pozostali członkowie społeczności mają znacznie mniej dzieci, bowiem muszą się liczyć z tym, że trzeba je wychować, wykształcić i utrzymać. Ich dzieci mają szanse na odpowiednie wychowanie i edukację, ale jest ich coraz mniej. Stąd coraz wolniej przybywa tych odpowiedzialnych i przedsiębiorczych. Rosnąca liczba "pasożytów" ma coraz większą siłę przebicia. Każdy z nich ma, tak samo jak pozostali, jeden głos w wyborach. Stąd coraz większa pokusa wśród polityków, by właśnie "pasożytom" się przypodobać, bowiem ich głosów jest coraz więcej. Najłatwiej to osiągnąć, dając im jeszcze więcej za friko. Ale skąd to wziąć? Nie ma innego wyjścia, jak zabrać pracowitym i odpowiedzialnym. Bardzo, oj bardzo oddaliliśmy się od natury. Nie wiem, jak długo uda się jeszcze utrzymywać rzesze "pasożytów" kosztem pozostałych członków społeczeństwa, ale obawiam się, że bez odwrócenia tej tendencji, nasza cywilizacja nie da rady. Chyba gdzieniegdzie już nie daje; w takiej Grecji nie starcza już tego, co można zabrać pracowitym, do obdzielenia "pasożytów". Teraz zrzucają się na nich pracowici i odpowiedzialni z zagranicy, unijni. Póki co jakoś ta grecka dziura daje się łatać wspólnymi siłami, ale jaki będzie finał? W propagandzie politycznej to nawet fajnie i wdzięcznie brzmi, kiedy sponsorowanie "pasożytów" nazywa się wsparciem dla wykluczonych, solidaryzmem społecznym, wyrównywaniem szans itp. Naprawdę dobrze to brzmi. Szkoda tylko, że za tym fajnym brzmieniem kryje się marnotrawienie niewyobrażalnych środków, demoralizacja znacznej i coraz większej części społeczeństwa, a ponadto brak skutecznej pomocy dla tych, którzy jej naprawdę potrzebują. Bo nie mniej ważne, od cywilizacyjnego zagrożenia, wynikającego z takiego zjawiska, jest to, że osoby niepełnosprawne, upośledzone, które naprawdę nie są w stanie sobie poradzić samodzielnie, pomocy nie otrzymują lub jest ona zdecydowanie niewystarczająca. Takie osoby nie są w stanie rywalizować z "pasożytami", którzy są zdrowi, mają mnóstwo czasu i siły, by wykrzyczeć, wykombinować, wykłucić i w końcu wymusić dla siebie haracz od pracowitych i odpowiedzialnych. Dlatego przyjdzie czas, kiedy nasza cywilizacja zniknie, upadnie, legnie w gruzach. I to wcale nie dlatego, że zabije nas temperatura, związana z ociepleniem atmosfery ziemskiej, utopią wody oceanów, zabraknie żywności albo zdemoluje nasz ziemski padół ogromna asteroida lub kometa.
sobota, 17 lipca 2010
Rozmówki plażowe III
- Idę popływać. Może pójdzie pan ze mną? Nie był pan jeszcze dzisiaj w wodzie. - Niestety, nie mogę, bo musiałbym iść bez kąpielówek. - Nic nie szkodzi, może pan zostawić kąpielówki na leżaku. Niech się pan nie wstydzi, widziałem już w życiu faceta bez kąpielówek. - Nie wstydzę się, tylko mam w nich coś bardzo dla mnie cennego. - Nie wątpię, ale widziałam już naprawdę cenne egzemplarze i żadnego nie zniszczyłam. - Nie chodzi o to, że pani zniszczy, ale ktoś mógłby ukraść. - Coś podobnego? - Widzi pani, mam tu taką wewnętrzną kieszonkę, a w niej noszę kartę kredytową. Nie mogę jej ani zamoczyć, ani zostawić.
poniedziałek, 12 lipca 2010
Rozmówki plażowe II
- Czy nie sądzi pan, że ten upał jest już nie do wytrzymania? - To prawda. Cóż jednak począć? Pewnie na deszcz narzekalibyśmy znacznie bardziej. - Tak by zapewne było i cały czas spędzalibyśmy w pokojach. Szczerze mówiąc i teraz nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby pan mnie zaprosił do swojego klimatyzowanego apartamentu. - Z wielką przyjemnością, ale nie wiem, czy to byłoby na miejscu? Przecież pani jest tu z mężem. - Niech się pan nie martwi, nie zabiorę go z sobą.
niedziela, 11 lipca 2010
Rozmówki plażowe I
- Pani nie powinna nosić okularów przeciwsłonecznych i stanika. - Czyżby? Skąd taka konkluzja? - Wszystko przez to, że zasłaniają najpiękniejsze części pani ciała. - Cóż, muszę pana zmartwić. Mogę uwzględnić pański postulat zaledwie w połowie. - Dlaczego tylko w połowie? - Mam, po prostu, oczy bardzo wrażliwe na słońce.
niedziela, 24 stycznia 2010
W kabarecie najfajniejsze są skrzypaczki
Kabarety mamy raczej słabe. Słabe, znaczy nie śmieszne. Przecież kabaret powinien, przede wszystkim, bawić, inaczej mówiąc, rozśmieszać. W tej sytuacji, nie powinienem tych kabaretów oglądać, tak mi się zdaje. I rzeczywiście tak mi się zdaje i tylko zdaje. Faktem jest, że nie śledzę programów telewizyjnych w poszukiwaniu programów kabaretowych, ale kiedy przypadkiem na taki program trafię, to zwykle przy nim zostaję, co najmniej kilka chwil. Wyjątkiem jest Marcin Daniec, którego występy biją wszystkie inne kabarety na głowę w kategorii nieśmieszności, głupoty i poziomu, jak to się mówi, poniżej konia. Dlatego Dańca wyłączam natychmiast, jak tylko się zorientuję, że się pojawia lub zbliża. Z innymi jest inaczej; skoro są inni to jak ma być? Kiedy się kończy jakiś program, który oglądałem i okazuje się, że następnie będzie jakiś kabaret, to nie wyłączam, czekam i zazwyczaj pozostaję przy nim dłuższy czas. Nie bardzo wiem, dlaczego? Choć to mało śmieszne (zupełnie jak większość amerykańskich komedii), niezbyt wyszukane, a czasem wręcz wulgarne, jakoś mi szkoda wyłączyć. Myślę sobie czasem, że to przez nadzieję, że wśród tych miernych, nieśmiesznych dowcipów i skeczy, zdarzy się choć jeden (najlepiej dwa), które będą wyjątkowe, śmieszne, a może nawet jakąś głębszą myśl zawrą. Rzeczywistość jest jednak brutalna i to „czasem” zdarza się bardzo rzadko. A ja nadal nie rezygnuję. Wczoraj też było podobnie. Malicki i Laskowik próbowali rozśmieszać. Nie oglądałem całości, ale grubsze fragmenty i poczyniłem nowe refleksje. Stare są wciąż aktualne, czyli – śmieszne to nie było, czasami wykraczało poza granice akceptowalnej rubaszności i spoza tych granic nie wracało zbyt często. Było jednak coś nowego albo wcześniej przeze mnie niezauważonego ( to by nie dziwiło, bo spotkałem się z tym zestawem kabaretowym dopiero drugi raz), co nazwałbym próbą odwoływania się do ambitniejszych wzorców, próbą naśladowania klasyków porządnego kabaretu i poszukiwaniem środków wyrazu, które pozwolą dotrzeć do nieco bardziej wymagającego odbiorcy. Sama idea bardzo szczytna i gdybym nie widział na własne oczy oraz nie słyszał na własne uszy, jaki był efekt tych prób, to bym się ucieszył, przyklasnął i może nawet zakrzyknął: chłopaki, o pardon, panowie, tak trzymać. Niestety, słyszałem i widziałem. Panowie wpletli w swój, marny zresztą, program kilka piosenek, które miały sprawić, że ich kabaret nawiąże klimatem do kabaretów Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. I nawiązał, ale wyłącznie cylindrami i szalikami występujących panów. Poza nimi, kompletna klapa. Pioseneczki marne, teksty poniżej wszelkiej krytyki, a pointy, które miały być równie odkrywcze, jak zaskakujące i dowcipne, były do przewidzenia od początku piosenek i tak banalne, że aż wstyd było słuchać. Poza tym, u Wasowskiego i Przybory były zwykle jakieś niuanse, dwuznaczności, rzadko wszystko „na talerzu”. U Malickiego i Laskowika, nie dość, że wszystko jest „na talerzu”, to jeszcze jest tego bardzo niewiele, a i ryzyko niestrawności znaczne. Całe szczęście, że znalazł się na scenie, prócz wymienionych panów, również całkiem niemały kawałek orkiestry symfonicznej, który był najjaśniejszym punktem programu i, jeśli dostawał szansę, popisywał się naprawdę solidnym kawałkiem muzyki. Zresztą, nie tylko muzyka była w nim pociągająca. Najfajniejsze, jak zwykle, są skrzypaczki. W sensie largo, oczywiście, więc obejmując swym zakresem również wiolonczelistki i altowiolistki, o ile dobrze pamiętam tę, skomplikowaną, jak dla mnie, nazwę. Zastanawiam się nieraz, jak można było oglądać orkiestrę symfoniczną w czasach, gdy na instrumentach smyczkowych grali wyłącznie starzy, łysiejący jegomoście? Słuchałem ostatnio, i oglądałem niestety, jakiś koncert Filharmoników Wiedeńskich z połowy lat pięćdziesiątych; no tragedia. W orkiestrze żadnej kobiety, tylko właśnie tacy jegomoście. Muzyka, oczywiście, super, ale doznania o wiele mniejsze, niż by mogły być. Dzisiaj, na szczęście, jest inaczej, choć u Filharmoników Wiedeńskich nadal kobiet bardzo mało, to w innych orkiestrach jest dużo lepiej, no i zmiany idą w dobrym kierunku. Mało jest tak uroczych widoków, jak piękna kobieta, grająca na skrzypcach (altówki i wiolonczeli nie wyłączając). Tak więc, warto czasem obejrzeć nawet marny kabaret (za wyjątkiem Dańca), bo i tam mogą się zdarzyć wrażenia godne zauważenia. Byłbym jednak za tym, aby telewizyjni bonzowie, mając zamiar zaproponować nam taki program, darowali sobie dowcipy i pioseneczki Malickiego i Laskowika, a cały czas dali do dyspozycji orkiestry. Może to nie będzie do końca kabaret, ale wyższy poziom rozrywki i wrażenia estetyczne nieporównywalne.
wtorek, 14 kwietnia 2009
Na sprzedaż
W skrzynce był list; w normalnej skrzynce, narmalny list papierowy. Jan zerknął na kopertę i stwierdził, że to jego dostawca internetu postanowił napisać. Domyślał się, że pewnie przysłali jakąś informację o zmianie taryf albo nowej, promocyjnej ofercie, która ma sprawić, że Jan ma zaplacić więcej, w zamian za co dostanie usługę, która mu wcale nie jest potrzebna. Tak czy inaczej, zawartość koperty nie wzbudziła jego zainteresowania. W przeciwieństwie do samej koperty, na której widniał całkiem ciekawy napis: Telefoniczne Centrum Sprzedaży Klienta Pod napisem numer telefonu i zaproszenie do korzystania z niego. - Co za cholera? - zapytał Jan sam siebie - jaki specjalista od marketingu wymyślił takiego potworka? Przypomniał sobie, jak to w połowie lat dziewięćdziesiątych został sprzedany razem z firmą, w której wówczas pracował. Oj, to nie były miłe wspomnienia. Nie chciał być sprzedany kolejny raz, ale nie ulegało wątpliwości, że był klientem firmy, która uruchomiła właśnie centrum sprzedaży klienta. Postanowił zadzwonić. Po wysłuchaniu kilku automatów, informujących o tym dokąd to udało mu się dodzwonić (całe szczęście infolinia tylko za jeden impuls) i jakie to wspaniałości dzięki temu może załatwić, odezwał się żywy damski głos, który uprzejmie zapytał, czym może Janowi służyć? - Jestem klientem waszej firmy i chciałbym zapytać, dlaczego zamierzacie mnie sprzedać? - Jan nie owijał w bawełnę. - Ależ skąd panu przyszło do głowy coś takiego? - głos nie jarzył, o co chodzi. - Wyczytałem to z waszej korespondencji, a raczej z koperty, w której ją otrzymałem. - To niemożliwe - głos nadal nie jarzył. - W takim razie, poproszę o potwierdzenie, czy dodzwoniłem się do centrum sprzedaży klienta waszej firmy? - Oczywiście. Czym mogę panu służyć? - Chciałbym zapytać, jakich klientów zamierzacie w tym centrum sprzedawać? Gdybym był na liście przeznaczonych do sprzedaży, to musiałbym zrezygnować z waszych usług, bo taka perspektywa absolutnie mi się nie uśmiecha. - Przepraszam pana, ale nie rozumiem, w czym mogłabym panu pomóc? Jeśli pan sobie życzy przełączę do głównego konsultanta. U głównego konsultanta rozmowa przebiegała podobnie i Jan został przełączony do dyrektora biura sprzedaży. Ten próbował wmówić Janowi, że nie rozumie przekazu prostej informacji handlowej i w ogóle zajmuje czas, w którym inni klienci mogliby załatwić jakieś naprawdę ważne sprawy. - Ty, ojciec, to jesteś jakiś społeczny dinozaur - syn Jana skomentował jego relację z kontaktu z centrum sprzedaży klienta. - Może i jestem, ale na wszelki wypadek zmienię operatora. Nie chcę, żeby ktoś mną, nawet tylko potencjalnie, nawet tylko semantycznie, ale jednak handlował.
wtorek, 10 lutego 2009
Nie ma winnych, wszyscy święci
Media zdezorientowane, opozycja otumaniona, zamęt, dymy i rogate widma. Nie wiadomo, na kogo zrobić nagonkę? Jedni robią na premiera, drudzy na ministra spraw zagranicznych, wewnętrznych, sprawiedliwości, służby specjalne, wywiad, kontrwywiad, dyplomację i nie wiadomo kogo jeszcze. Wszystko przez to, że terroryści zabili porwanego Polaka. I hieny się zleciały, żeby się utuczyć przy ludzkim nieszczęściu. Najdziwniejsze jest jednak to, że tak naprawdę polskie władze i służby nie miały zbyt dużego pola do popisu. Terroryści wysuwali żądania pod adresem rządu w Islamabadzie, a porwany był przetrzymywany na terenie suwerennego państwa. Gdyby to był Afganistan albo Irak, to nasi komandosi mogliby przeprowadzić jakąś akcję, może nawet wspartą przez nasz lub amerykański kontyngent; w Pakistanie taka akcja była niemożliwa. Polska miała znikomy wpływ na bieg wydarzeń i praktycznie żadnych szans na aktywne włączenie się do gry. Czemu więc ma służyć wyszukiwanie kozła ofiarnego? Przecież wiadomo, że jeśli nawet "ktoś za to beknie", to i tak nie będzie to osoba, która ma, w związku z tą tragedią, cokolwiek na sumieniu. Na tym tle, ciekawie wygląda historia morderstwa w Machcinie i pościgu za jego sprawcą, która miała miejsce mniej więcej w tym samym czasie, co zbrodnia w Pakistanie. Morderca, z zimną krwią, zabił dwie osoby, które wcześniej zeznawały przeciw niemu w sądzie. Miał trafić do więzienia za gwałt, na sali sądowej groził świadkom, że ich zabije, a sąd wypuścił go na wolność, aby sobie poczekał, aż się wyrok uprawomocni; prokurator też nie protestował. Przez to straciły życie dwie osoby, zamordowane nie mniej bezwzględnie jak polski inżynier w Pakistanie. Tyle, że w tym przypadku, można było zrobić wiele, aby tragedii uniknąć. A media? A opozycja? Nikt nie pyta, kto zawinił? Nikt nie pyta, dlaczego przestępca został wypuszczony, mimo że groził zabiciem świadków? Nie ma winnych, wszyscy święci. |