niedziela, 24 stycznia 2010
W kabarecie najfajniejsze są skrzypaczki
Kabarety mamy raczej słabe. Słabe, znaczy nie śmieszne. Przecież kabaret powinien, przede wszystkim, bawić, inaczej mówiąc, rozśmieszać. W tej sytuacji, nie powinienem tych kabaretów oglądać, tak mi się zdaje. I rzeczywiście tak mi się zdaje i tylko zdaje. Faktem jest, że nie śledzę programów telewizyjnych w poszukiwaniu programów kabaretowych, ale kiedy przypadkiem na taki program trafię, to zwykle przy nim zostaję, co najmniej kilka chwil. Wyjątkiem jest Marcin Daniec, którego występy biją wszystkie inne kabarety na głowę w kategorii nieśmieszności, głupoty i poziomu, jak to się mówi, poniżej konia. Dlatego Dańca wyłączam natychmiast, jak tylko się zorientuję, że się pojawia lub zbliża. Z innymi jest inaczej; skoro są inni to jak ma być? Kiedy się kończy jakiś program, który oglądałem i okazuje się, że następnie będzie jakiś kabaret, to nie wyłączam, czekam i zazwyczaj pozostaję przy nim dłuższy czas. Nie bardzo wiem, dlaczego? Choć to mało śmieszne (zupełnie jak większość amerykańskich komedii), niezbyt wyszukane, a czasem wręcz wulgarne, jakoś mi szkoda wyłączyć. Myślę sobie czasem, że to przez nadzieję, że wśród tych miernych, nieśmiesznych dowcipów i skeczy, zdarzy się choć jeden (najlepiej dwa), które będą wyjątkowe, śmieszne, a może nawet jakąś głębszą myśl zawrą. Rzeczywistość jest jednak brutalna i to „czasem” zdarza się bardzo rzadko. A ja nadal nie rezygnuję. Wczoraj też było podobnie. Malicki i Laskowik próbowali rozśmieszać. Nie oglądałem całości, ale grubsze fragmenty i poczyniłem nowe refleksje. Stare są wciąż aktualne, czyli – śmieszne to nie było, czasami wykraczało poza granice akceptowalnej rubaszności i spoza tych granic nie wracało zbyt często. Było jednak coś nowego albo wcześniej przeze mnie niezauważonego ( to by nie dziwiło, bo spotkałem się z tym zestawem kabaretowym dopiero drugi raz), co nazwałbym próbą odwoływania się do ambitniejszych wzorców, próbą naśladowania klasyków porządnego kabaretu i poszukiwaniem środków wyrazu, które pozwolą dotrzeć do nieco bardziej wymagającego odbiorcy. Sama idea bardzo szczytna i gdybym nie widział na własne oczy oraz nie słyszał na własne uszy, jaki był efekt tych prób, to bym się ucieszył, przyklasnął i może nawet zakrzyknął: chłopaki, o pardon, panowie, tak trzymać. Niestety, słyszałem i widziałem. Panowie wpletli w swój, marny zresztą, program kilka piosenek, które miały sprawić, że ich kabaret nawiąże klimatem do kabaretów Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. I nawiązał, ale wyłącznie cylindrami i szalikami występujących panów. Poza nimi, kompletna klapa. Pioseneczki marne, teksty poniżej wszelkiej krytyki, a pointy, które miały być równie odkrywcze, jak zaskakujące i dowcipne, były do przewidzenia od początku piosenek i tak banalne, że aż wstyd było słuchać. Poza tym, u Wasowskiego i Przybory były zwykle jakieś niuanse, dwuznaczności, rzadko wszystko „na talerzu”. U Malickiego i Laskowika, nie dość, że wszystko jest „na talerzu”, to jeszcze jest tego bardzo niewiele, a i ryzyko niestrawności znaczne. Całe szczęście, że znalazł się na scenie, prócz wymienionych panów, również całkiem niemały kawałek orkiestry symfonicznej, który był najjaśniejszym punktem programu i, jeśli dostawał szansę, popisywał się naprawdę solidnym kawałkiem muzyki. Zresztą, nie tylko muzyka była w nim pociągająca. Najfajniejsze, jak zwykle, są skrzypaczki. W sensie largo, oczywiście, więc obejmując swym zakresem również wiolonczelistki i altowiolistki, o ile dobrze pamiętam tę, skomplikowaną, jak dla mnie, nazwę. Zastanawiam się nieraz, jak można było oglądać orkiestrę symfoniczną w czasach, gdy na instrumentach smyczkowych grali wyłącznie starzy, łysiejący jegomoście? Słuchałem ostatnio, i oglądałem niestety, jakiś koncert Filharmoników Wiedeńskich z połowy lat pięćdziesiątych; no tragedia. W orkiestrze żadnej kobiety, tylko właśnie tacy jegomoście. Muzyka, oczywiście, super, ale doznania o wiele mniejsze, niż by mogły być. Dzisiaj, na szczęście, jest inaczej, choć u Filharmoników Wiedeńskich nadal kobiet bardzo mało, to w innych orkiestrach jest dużo lepiej, no i zmiany idą w dobrym kierunku. Mało jest tak uroczych widoków, jak piękna kobieta, grająca na skrzypcach (altówki i wiolonczeli nie wyłączając). Tak więc, warto czasem obejrzeć nawet marny kabaret (za wyjątkiem Dańca), bo i tam mogą się zdarzyć wrażenia godne zauważenia. Byłbym jednak za tym, aby telewizyjni bonzowie, mając zamiar zaproponować nam taki program, darowali sobie dowcipy i pioseneczki Malickiego i Laskowika, a cały czas dali do dyspozycji orkiestry. Może to nie będzie do końca kabaret, ale wyższy poziom rozrywki i wrażenia estetyczne nieporównywalne.
wtorek, 14 kwietnia 2009
Na sprzedaż
W skrzynce był list; w normalnej skrzynce, narmalny list papierowy. Jan zerknął na kopertę i stwierdził, że to jego dostawca internetu postanowił napisać. Domyślał się, że pewnie przysłali jakąś informację o zmianie taryf albo nowej, promocyjnej ofercie, która ma sprawić, że Jan ma zaplacić więcej, w zamian za co dostanie usługę, która mu wcale nie jest potrzebna. Tak czy inaczej, zawartość koperty nie wzbudziła jego zainteresowania. W przeciwieństwie do samej koperty, na której widniał całkiem ciekawy napis: Telefoniczne Centrum Sprzedaży Klienta Pod napisem numer telefonu i zaproszenie do korzystania z niego. - Co za cholera? - zapytał Jan sam siebie - jaki specjalista od marketingu wymyślił takiego potworka? Przypomniał sobie, jak to w połowie lat dziewięćdziesiątych został sprzedany razem z firmą, w której wówczas pracował. Oj, to nie były miłe wspomnienia. Nie chciał być sprzedany kolejny raz, ale nie ulegało wątpliwości, że był klientem firmy, która uruchomiła właśnie centrum sprzedaży klienta. Postanowił zadzwonić. Po wysłuchaniu kilku automatów, informujących o tym dokąd to udało mu się dodzwonić (całe szczęście infolinia tylko za jeden impuls) i jakie to wspaniałości dzięki temu może załatwić, odezwał się żywy damski głos, który uprzejmie zapytał, czym może Janowi służyć? - Jestem klientem waszej firmy i chciałbym zapytać, dlaczego zamierzacie mnie sprzedać? - Jan nie owijał w bawełnę. - Ależ skąd panu przyszło do głowy coś takiego? - głos nie jarzył, o co chodzi. - Wyczytałem to z waszej korespondencji, a raczej z koperty, w której ją otrzymałem. - To niemożliwe - głos nadal nie jarzył. - W takim razie, poproszę o potwierdzenie, czy dodzwoniłem się do centrum sprzedaży klienta waszej firmy? - Oczywiście. Czym mogę panu służyć? - Chciałbym zapytać, jakich klientów zamierzacie w tym centrum sprzedawać? Gdybym był na liście przeznaczonych do sprzedaży, to musiałbym zrezygnować z waszych usług, bo taka perspektywa absolutnie mi się nie uśmiecha. - Przepraszam pana, ale nie rozumiem, w czym mogłabym panu pomóc? Jeśli pan sobie życzy przełączę do głównego konsultanta. U głównego konsultanta rozmowa przebiegała podobnie i Jan został przełączony do dyrektora biura sprzedaży. Ten próbował wmówić Janowi, że nie rozumie przekazu prostej informacji handlowej i w ogóle zajmuje czas, w którym inni klienci mogliby załatwić jakieś naprawdę ważne sprawy. - Ty, ojciec, to jesteś jakiś społeczny dinozaur - syn Jana skomentował jego relację z kontaktu z centrum sprzedaży klienta. - Może i jestem, ale na wszelki wypadek zmienię operatora. Nie chcę, żeby ktoś mną, nawet tylko potencjalnie, nawet tylko semantycznie, ale jednak handlował.
wtorek, 10 lutego 2009
Nie ma winnych, wszyscy święci
Media zdezorientowane, opozycja otumaniona, zamęt, dymy i rogate widma. Nie wiadomo, na kogo zrobić nagonkę? Jedni robią na premiera, drudzy na ministra spraw zagranicznych, wewnętrznych, sprawiedliwości, służby specjalne, wywiad, kontrwywiad, dyplomację i nie wiadomo kogo jeszcze. Wszystko przez to, że terroryści zabili porwanego Polaka. I hieny się zleciały, żeby się utuczyć przy ludzkim nieszczęściu. Najdziwniejsze jest jednak to, że tak naprawdę polskie władze i służby nie miały zbyt dużego pola do popisu. Terroryści wysuwali żądania pod adresem rządu w Islamabadzie, a porwany był przetrzymywany na terenie suwerennego państwa. Gdyby to był Afganistan albo Irak, to nasi komandosi mogliby przeprowadzić jakąś akcję, może nawet wspartą przez nasz lub amerykański kontyngent; w Pakistanie taka akcja była niemożliwa. Polska miała znikomy wpływ na bieg wydarzeń i praktycznie żadnych szans na aktywne włączenie się do gry. Czemu więc ma służyć wyszukiwanie kozła ofiarnego? Przecież wiadomo, że jeśli nawet "ktoś za to beknie", to i tak nie będzie to osoba, która ma, w związku z tą tragedią, cokolwiek na sumieniu. Na tym tle, ciekawie wygląda historia morderstwa w Machcinie i pościgu za jego sprawcą, która miała miejsce mniej więcej w tym samym czasie, co zbrodnia w Pakistanie. Morderca, z zimną krwią, zabił dwie osoby, które wcześniej zeznawały przeciw niemu w sądzie. Miał trafić do więzienia za gwałt, na sali sądowej groził świadkom, że ich zabije, a sąd wypuścił go na wolność, aby sobie poczekał, aż się wyrok uprawomocni; prokurator też nie protestował. Przez to straciły życie dwie osoby, zamordowane nie mniej bezwzględnie jak polski inżynier w Pakistanie. Tyle, że w tym przypadku, można było zrobić wiele, aby tragedii uniknąć. A media? A opozycja? Nikt nie pyta, kto zawinił? Nikt nie pyta, dlaczego przestępca został wypuszczony, mimo że groził zabiciem świadków? Nie ma winnych, wszyscy święci.
sobota, 07 lutego 2009
Jak to było?
Znowu, na pierwszych stronach gazet, "okrągły stół". I znów nie mogę odnalźć śladów wydarzeń, odczuć, nadziei i obaw z czasów, gdy "okrągły stół" się odbywał. Pisałem już tutaj o tym, więc tylko odeślę w odpowiednie miejsce: http://wwwblog.blox.pl/2006/04/Historia-niby-najnowsza-ale-zapomniana.html Przy okazji jednak pojawia się, u mnie nie nowa już, wątpliwość: czy opisy innych fragmentów historii, których sam nie pamiętam, o których czytam w gazetach i podręcznikach, mają wiele wspólnego z tym, co naprawdę się wydarzyło, czy też znacznie więcej z tym, jak postanowili je przedstwić propogandyści tej czy innej, zainteresowanej promowaniem konkretnej i nieprawdziwej wersji wydarzeń, ekipy politycznej?
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Nie wiem dokąd
Jeszcze kilka dni temu biegałem po szpitalach, żeby załatwić przeniesienie do tego, w którym będą mogli mamie pomóc. Poganiałem lekarzy, przekonywałem. Potem pilnowałem, żeby przygotowali i wykonali operację. Zapewniałem, że wszytko będzie dobrze. Po operacji widziałem poprawę. Nadal zapewniałem, że będzie dobrze. Kilka ostatnich dni było jednocześnie oczekiwaniem i bieganiną. Każdego dnia tyleż strachu ile nadziei, każda wizyta w szpitalu była osobną walką obaw i wiary w cud. Aż wszystko ustało. Mama odeszła. Odeszła?
niedziela, 18 stycznia 2009
Rozpacz nad nie otwartym przewodem
Ależ się rozpacz wdała w polskie życie komentatorsko-polityczne, ależ się oburzenie rozprzestrzeniło po antenach i łamach, ależ wyrazy ubolewania nad stanem polskiej nauki się z publicyctycznych piersi wyrwały. A wszystko w tonie narodowej tragedii. Dlaczego? Ano dlatego, że niejaki Migalski Marek, doktor nauk politycznych ma kłopoty z otwarciem przewodu. I nie chodzi tu o przewód... np: elektryczny, który to nasz bohater chciałby rozbroić, celem naprawienia instalacji, ale o prawdziwy przewód habilitacyjny. Chodzi o to, że trudno znaleźć uczelnię, która by go doktorowi Migalskiemu otworzyć zechciała. Jakież tu się pojawiają argumenty; że hermetyczny i skostniały pół-światek na polskich uczelniach nie dopuszcza młodych-zdolnych, że zemsta, bo ponoć Migalski kiedyś tam, kogoś skrytykował, że spisek antylustracyjnego lobby. Nie pojawił się natomiast powód najbardziej, moim zdaniem, prawdopodobny. Sądzę, że główną przyczyną kłopotów pana Marka z habilitacją, jest jego nieetyczna postawa jako naukowca, jego zaangażowanie się w roli propagandysty politycznego i maskowanie tego zaangażowania pozowaniem na niezależnego politologa. Gdybym był władzą uczelni czy wydziału, też nie miałbym ochoty, aby renoma, tejże uczelni czy wydziału, opierała się na działalności takich osób jak pan Marek. Nie jest to dobre dla marki uczelni, kiedy jej pracownicy naukowi robią jej gębę dyspozycyjnej politycznie; szczególnie jeśli idzie o wydziały politologiczne. Zacytuję, co pisałem o panu Marku, swego czasu; na tym blogu: "Drugi, podający się za politologa, piewca pisowskiej chwały, niejaki Migalski Marek, zaszył się chyba gdzieś głęboko, bo jeszcze w piątek zapowiadali, że będzie komentował w TVN24, ale go nie widziałem. To i dobrze, bo to, co ten człowiek wygaduje, przechodzi ludzkie pojęcie. Jeśli ktoś nie miał okazji posłuchać, a ma potrzebę bujnięcia sobie ciśnienia, może poszukać na stronach „trójki” jego rozmowy z Michałem Karnowskim, sprzed około trzech tygodni. Końcówka najlepsza". To było 14 listopsda 2006. Zapewne do dziś można w internecie znależć zapis tej rozmowy, jak i wielu innych komentarzy Migalskiego z tamtych czasów, i przekonać się na własne uszy o czym tu rozprawiam. Nie kwestionuję prawa ludzi nauki do posiadania poglądów politycznych, do angażowania się w politykę, do popierania konkretnych partii politycznych. Niech jednak robią to z otwartą przyłbicą, niech nie udają niezależnych naukowców, niech oficjalnie staną na intelektualnym zapleczu wybranej partii i grają w jej drużynie. W przeciwnym razie dopuszczaja się manipulacji, podobnej do tej, z jaką mamy do czynienia przy nielegalnym lobbingu, który uprawiają niby-eksperci, a tak naprawdę wynajęci cichcem przez korporacje pseudo-naukowcy. Pan Marek jest jednak przykładem jeszcze bardziej niepokojącym, bowiem jego dyspozycyjność wobec polityków zmienia się w zależności od tego, kto ma władzę. W okresie, z którego pochodzi powyższy cytat, doktor Migalski był "piewcą pisowskiej chwały" i wielkim fanem Brata Jarosława. Po przegranych przez PiS wyborach, pan Marek zmienił front i teraz nadaje jakby nigdy w życiu nie miał innej politycznej miłości, niż PO i Donald Tusk. Tak więc, szanowni komentatorzy, zamiast doszukiwać się sensacyjnej zemsty uczelnianych klik, spróbujcie się zastanowić nad przyczynami mniej sensacyjnymi, gorzej sprzedającymi się w mediach, ale może bardziej prawdziwymi.
niedziela, 11 stycznia 2009
"Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce, za wyjątkiem praw człowieka"
Takie motto powinny sobie walnąć na sztandary ultra-katolickie stowarzyszenia typu prolife'owskiego, a także lewicowe i paradorównościowe organizacje, broniące praw kobiet, walczące o nieograniczone prawo do aborcji i eksponujące żądania homoseksualistów. Ta propozycja, oczywiście, oburzy aktywistów ww grup, ale dobrze by zrobiła wszystkim pozostałym, umęczonym niemiłosiernie próbami sterroryzowania ich przez zwolenników obu tych skrajności. Oni to, mając na sztandarach walkę o prawa człowieka, o ludzkie godne życie, znacznie lepiej realizują kwestionowanie praw innych. Różnią się przy tym od siebie tylko jednym: inaczej definiują okres ochrony człowieka i jego praw. Katoliccy ortodoksi uważają, że pełnię praw ma tylko ten, kto się jeszcze nie narodził. Według nich, najważniejszy moment w życiu człowieka to chwila, gdy plemnikowi uda się doczłapać do jaja. Jest to, ich zdaniem, warte świętowania przez calutkie dziewięć miesięcy; ale ani dnia dłużej. Lewicowi aktywiści uważają wręcz przeciwnie. Póki dziecko w łonie matki nie całkiem jeszcze wielkie, można z nim robić co się chce i to wedle widzimisię tejże matki; ewentualnie ojca, ale tylko wówczas, gdy ma takie samo zdanie jak matka. Kiedy jednak dziecko już ujrzy uroki tego łez padołu, zyskuje nagle wszelkie prawa, a tracą je rodzice. Gdyby się zdarzyło, że taka matka walnie dzieciaka ścierą, gdy jej wyżera rodzynki ze świeżozarobionego ciasta, to zaraz powinna dostać karę śmierci; w najlepszym razie dożywocie. Ultra-katoliccy obrońcy życia sądzą inaczej. Z chwilą narodzenia, to właśnie rodzice zyskują pewne prawa, natomiast dziecko, niestety, je traci. Ich zdaniem, lanie dzieciaków to nie tylko najlepsza, ale właściwie jedyna metoda wychowawcza. Bywa, że stosowanie tej metody kończy się tragicznie, ale trudno, to jest walka, a gdzie walka, tam i ofiary. Tego typu aktywiści, walcząc o prawo do życia od chwili poczęcia, raczej nie idą w pierwszym szeregu, gdy trzeba się przeciwstawić przemocy wobec dzieci już narodzonych. Twierdzą oni zazwyczaj, że taka przemoc występuje wyłącznie w wolnych związkach i gdyby się udało te związki zaciągnąć do kościoła i zmusić do ślubu, to przemoc by ustała. Oczywiście, za wyjątkiem tej, która służy jako metoda wychowawcza. Dzieci, niestety, a może na szczęście, rosną i ich status ulega zmianie; nie wiadomo tylko, czy na lepsze. Dużo zależy od tego, czy obrońcom życia poczętego udało się nakłonić rodziców do stosowania w wychowaniu metody kija i marchewki; wszakże z pominięciem marchewki. Jeśli nie, to z dzieciaka zapewne wyrósł gej albo też lesbijka i wtedy prawa mu się nie należą. Najlepiej byłoby takiego oddać do dyspozycji organizatora imprezy integracyjnej młodzieży wszechpolskiej. Według lewicowych paradorównościowców jest zupełnie odwrotnie. Jakiekolwiek prawa powinny należeć się tylko homoseksualistom. Hetero - fuj; niech siedzi w domu i nie obnosi się ze swoim zapyziałym sposobem bycia. Prawo do publicznego pokazywania się powinny mieć tylko pary obściskujących się faciów, ewentualnie kobitek, ale tylko wtedy gdy czynią to bardzo ekspresyjnie; dziewczyny trzymające się za ręce, czy nawet całujące się, nie są u nas rzadkością i słabo bulwersują. Gdyby tak te wszystkie organizacje połączyły swe wysiłki, to moglibyśmy mieć wszelkie prawa przez całe życie. Będąc zarówno gejem, jak i hetero-fuj, nie mielibyśmy potrzeby eksponowania tego na ulicy. Dziecko, chronione od chwili poczęcia, mogłoby również godnie żyć już po urodzeniu, a nawet wtedy, gdy samo stanie się rodzicem i to nie koniecznie w wyniku zwiazku namaszczonego kościelnym lub urzędniczym kwitem. Parafrazując stare komunistyczne hasło, możnaby rzec: fundamentaliści wszelkich proweniencji - łączcie się!
środa, 18 czerwca 2008
Gwiazdą być
I Jak zostać znaną osobą, kiedy nie ma się żadnych talentów, zdolności, umiejętności ani nawet sławnych rodziców, którym można zafundować jakiś skandalik? Jak tego dokonać, kiedy jest się zakompleksionym, małym człowieczkiem? Cóż można zrobić w tej intencji, kiedy nie jest się nawet śliczną, długonogą blondynką, mogącą zauroczyć jakiegoś menedżera szołbiznesowego, który zrobiłby z niej idola, choćby na pięc minut? Sprawa wydaje się beznadziejna, ale tylko pozornie. Jest jeden niezawodny sposób, który sprawdza się w stu procentach. Trzeba sobie wybrać jakąś bardzo znaną osobę i konsekwentnie, w najbardziej obrzydliwy z możliwych albo skrajnie brutalny sposób ją atakować; sprawdza się również próba morderstwa, ale to wersja dla tych, co nie bardzo sobie radzą z pisaniem i opowiadaniem. Kto znałby Alego Agcę, gdyby ten nie próbował zamordować Jana Pawła II? Prawie nikt; takich opryszków jak Agca są tysiące i pies z kulawą nogą o nich nie zaszczeknie. Podobnie z Markiem Chapmanem, który tylko dzięki zamordowaniu Lennona, znajduje się we szystkich nyklopdiach mucznych. Na szczęście nie wszyscy posuwają się aż do morderstw. Niektórym wystarczy konsekwentne opluwanie jakiejś wybitnej postaci. Godzą się nawet na ryzyko procesu o zniesławienie, a często wręcz liczą na taki proces, bo to im daje większe szanse na zaistnienie w mediach. Taki totalny nieudacznik, zakompleksiona oferma, staje się nagle gwiazdą programów telewizyjnych. Media wyrywaja go sobie z rąk, błagają choćby o chwilkę rozmowy. Nieważne, że taka nowa gwiazda nic sobą nie prezentuje, liczy się sensacja, jaką dzięki niej można zafundować gawiedzi. A oferma korzysta; a cóż ma robić? Przecież nic innego nie potrafi. II Być może nie jest łatwo w to uwierzyć, ale napisałem kiedyś własnoręcznie pracę magisterską. Nawet trochę z tamtych czasów pamiętam. W tej trosze, znajduje się również wielokrotnie powtarzane przez moją panią promotor: "Drogi Panie, praca magisterska, to też jest praca naukowa, trzeba ją napisać rzetelnie i wykorzystać wszelkie źródła, jakie są dostępne." Przydźwigiwałem kolejne księgi, sprawdzałem, co tam ktoś inny pisze, porównywałem różne podejścia do tej samej sprawy, przytaczałem różne definicje tego samego pojęcia. Nawet mi nie przyszło na myśl, że mógłbym powiedzieć: "Pani Profesor, moja praca będzie się opierała tylko na jednym źródle, bo tam jest prawda absolutna". Pewnie i dziś bym tak nie powiedział, choć są tacy, których w ogóle nie dziwi taka metoda badawcza i swoje wypociny, opracowane w taki sposób, nazywają rzetelną pracą naukową. Przypominam sobie wiele utyskiwań na dziennikarzy, którzy pisali różnego radzaju teksty, publicystyczne porzecież, nie naukowe, że przedstawiają racje tylko jednej strony, że opierają tezy swoich artykułów na tendencyjnie dobranych źródłach, że pomijają relacje najbardziej zainteresowanych. A to tylko publicyctyka. Jak więc może być z entuzjazmem przyjmowana, w ten sposob przygotowana, praca "naukowa"? Może, może, bowiem jeszcze łatwiejszym sposobem zyskania sławy, niż samodzielne opluwanie kogoś znanego, jest twierdzenie, że ten co opluwa to poczciwina i uczciwina, i to on ma rację, a prócz tego intencje czyste, jak szlachetny napój ziemniaczany badź zbożowy. Wtedy nawet samemu nie trzeba się wysilać, żeby coś napisać. No, łatwiej zostać gwiazdą już się nie da.
środa, 09 kwietnia 2008
Dezercja kibica
Zarząd główny zwierzęcych figli zapowiedział, że teraz leśne harce będą u niedźwiedzia. Młody borsuk, starego, pytał z wyrzutami - Dlaczego u niedźwiedzia, który honor plami i stale łamie prawa leśnej społeczności? A dlatego - rzekł stary - że on swoich gości wita zawsze z przepychem i nie szczędzi kiesy, no i to z nim się robi świetne interesy. Ale bije swe dzieci i dręczy zwierzęta - rzekł młody - czy już tego nikt mu nie pamięta? Tam są inne zwyczaje, takie mamy czasy, w jego sklepie kupiłem twoje adidasy - odparł stary - więc teraz nie rżnij tu chojraka, bo inaczej na harce pójdziesz na bosaka. Ja nie idę - rzekł młody - w domu będę siedział, adidasy odeślę do sklepu niedźwiedzia, pójdę boso na spacer, tak będzie przyjemnie, a wy sobie harcujcie, tyle że beze mnie.
wtorek, 30 października 2007
Diabeł nie śpi
Poszukiwania kozła ofiarnego w PiS-ie trwają. Głównie w TVP, której to grzechem, na miarę pierworodnego, okazało się wyemitowanie zachęty do udziału w wyborach, okraszonej wezwaniem: "zmień kraj". Pisowcy odczytali to jako: "zmień rząd" i wywnioskowali, że ich porażka właśnie stąd, a raczej głównie stąd, bo poszukiwania trwają nadal; moim zdaniem bez skutku. Nadal w TVP nie udało się zdusić reakcyjnej hydry. Skąd wiem? To proste. Rzuciłem okiem, wczoraj wieczorkiem, na widowisko o aferze mięsnej z połowy lat 60-tych; w publicznej jedynce, nadal pro-pisowskiej, oczywiście. Rzuciłem, i com ujrzał? Proces pokazowy; na polityczne zamówienie. Dyspozycyjni prokuratorzy, politycy, decydujący kogo zamknąć i kiedy, karierowicze, którzy dla stanowisk są w stanie oskarżyć każdego i o wszystko, naciągane dowody, podstawieni świadkowie itp. Kto to w TVP puścił? Jak do tego doszło? Przecież aluzja czytelna, jak wymowa zawołania: "zmień kraj". Różnica tylko w tym, że afera mięsna skończyła się surowymi wyrokami, z karą śmierci włącznie, a obecni ścigacze afer mają kłopot nawet z postawieniem zarzutów doktorowi G, przy którym, zgodnie z rządową wersją, mięsni aferzyści lat 60-tych, to drobni naciągacze. Piąta kolumna w TVP cały czas działa. A jakie spustoszenie sieje? Jeszcze dobrze widowisko się nie skończyło, a elektroniczne media zatrzęsły się od informacji o masowym podawaniu się do dymisji prokuratorów. Wszyscy twierdzili, że robią to w proteście przeciwko politycznym naciskom na prokuraturę. Sumienie ich nagle ruszyło, czy co? A może im się znienacka zebrało na odwagę? Aż dziw, że Ziobro do dymisji się nie podał, wszak on taki prawy i sprawiedliwy. Chyba, że nie oglądał TVP. Jak by nie było, w publicznej tv jakiś agent Wyborczej się zalągł albo inne rogate widmo. Ciekawe, czy go znajdą albo kogo na niego wytypują? P.S. Ponoć ojciec dyrektor stwierdził, że za wynik wyborów odpowiada szatan. Tego będzie trudno aresztować. |
Ostatnie wpisy
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||